Wladyslaw Wagner                                                                                    

 

Sailing Rally 2015

Historia

 

Wokółziemski Rejs Władysława Wagnera

 

Zbigniew Turkiewicz

 

   Wladyslaw Wagner przy sterze Zjawy

 

Lubię tą fotografię. Przedstawia czterdziestoletniego mężczyznę z uniesionym czołem, pewnym, jakby wyzywajacym los, spojrzeniem wyraża wielkość i siłe.

To Władysław Wagner.

Zaimponował mi odwagą. To znaczy tym, o czym mamy mgliste pojęcie. Przeważnie obawiamy się tego co nas może spotkać za rogiem, na sąsiedniej ulicy. Dlatego nie lubimy podejmować decyzji. Ta konieczność nas ubezwłasnowalnia. Decyzja zmusza do zmiany sytuacji, w której się znajdujemy.

Dlatego nie każdy może być żeglarzem.
Pytają mnie, jako znawcę wagnerowskiej epopei, czy On wiedział od początku, że wyrusza w podróż dookoła świata. Pewnie, że nie wiedział. Skąd miał wiedzieć jak wygląda świat skoro miał zaledwie dziewiętnaście lat. Miał łódkę, morze i trochę żeglarskich umiejętności więc – ruszył. Był bardzo ciekaw co się wydarzy, kiedy minie Hel. Zżerała go ciekawość jak wyglada Morze Północne.

Potem – Atlantyk. Kiedy dotarł do Panamy, korciło go aby rzucić okiem na Pacyfik, ale rozpadła mu się łódź i był bez grosza. Co byście zrobili na jego miejscu?
Popatrzcie na jego fotografię. To uniesione czoło, to wyzywające spojrzenie…
Lubię tę fotografię. Prezentuje
męstwo, o którym zamierzam opowiedzieć.

 

 

1. S/Y ZJAWA

 

 

“Rok 1927 był tym, który zmienił całe moje życie… Po przyjeżdzie do Gdyni zajęliśmy mieszkanie na Kamiennej Górze. Razem z moim bratem Jankiem spedzilismy dwa dni pomagając mamie urządzić się w nowym domu, ale trzeciego dnia nie wytrzymaliśmy i pobiegliśmy zobaczyć morze, łodzie i ogromne statki… dotknąć wody i przekonać się, że naprawdę jest słona.

Los uśmiechnął sie do mnie. Jeden z naszych sąsiadów był właścicielem pięknego jachtu żaglowego i potrzebował kogoś do opieki nad nim oraz załogi.
Jacht był piekny, miał ponad 30 stóp długości, do połowy zakryty pokładem i miał dobrze strymowane żagle. Mój zachwyt trwał ponad dwa miesiące zanim nadszdł czas, aby na zimę wyciągnąć łódkę na ląd.”

“By the Sun and Stars” Wł. Wagner

 

Rok 1932. Bałtyk

Władysław Wagner 1931, zdjęcie z legitymacji szkolnej, która była jego paszportem aż do 1938 roku

Zdjęcie z legitymacji szkolnej, która była jego paszportem aż do 1938 roku

 

Port Gdynia, 8 lipca 1932
Wieczorem, w porze, gdy światło zachodz
ącego słońca rysuje wyraźnie kształty łodzi, masztów, lin i twarzy ludzi, trochę zatroskanych ale radosnych, dwaj młodzi żeglarze ściskali dłonie tych, którzy przyszli ich pożegnać, przyjaciół, którzy też może kiedyś popłyną, ale jeszcze nie teraz.

Była tam Ela – siostra Rudolfa Korniowskiego, był Wiesiek Szczepkowski, bliski kolega Władka, był Czesław Zabrodzki, przyjaciel Władka i przyboczny z dużyny harcerskiej, był Gerard Knoff – szkolny kolega Władka, pomorzanin, który też zawsze marzył o wyprawie w morze; był też brat Władka – Janek. Nikt z nich nie zdawał sobie sprawy, że uczestniczy w wydarzeniu historycznym, którego wielkość odkryjemy i uczcimy dokładnie w tym samym miejscu po 80 latach.
Oddali cumy aby w morze wejść przed ciemnością.
Wiatru było niewiele, ale światło wieczoru wyraźnie pokazało biel otwierającego się grota i napis na rufie odchodzącego w morze jachtu: “ZJAWA” i poniżej: “Gdynia”.

 

 

Załogę stanowiło dwóch żeglarzy: niespełna 20-letni Władysław Wagner – kapitan jachtu, harcerz drużynowy Morskiej Drużyny Harcerskiej im. Króla Jana III Sobieskiego oraz Rudolf Korniowski, kolega Wladka, bardziej malarz niż żeglarz. Wyruszali w świat, chyba nie bardzo jeszcze tego świadomi. Jacht miał 29 stóp długości, jeden maszt i dwa żagle (slup), przebudowany został i przystosowany do morskiej żeglugi przez harcerzy na bazie drewanianej szalupy, odkupionej przez ojca Władka od budowniczych portu Gdynia za 20 złotych.

Sprzęt nawigacyjny, jaki znajdował się na pokładzie Zjawy stanowiła harcerska busola, czyli niezbyt dokładny kompas, oraz kilka map Bałtyku. Skromnie, jak na tego typu rejs i jeden Pan Bóg wie jakim cudem z takim wyposażeniem dopływali do poszczególnych portów, dokładnie gdzie chcieli. Tylko na początku pomylili wyspę Bornholm ze Szwecją, potem szło łatwiej. W pierwszy kompas morski zaopatrzyli sie w Goteborgu (Szwecja), tuż przed wyjściem z Bałtyku na Morze Północne.

 

1932. Morze Północne

Kiedy dopłynęli do Aalborg w Danii, Władek wysłał do rodziców telegram: “Dobra pogoda. Planuję dotrzeć do Calais, Francja. “Nie odważył się napisać co rzeczywiście planuje, do tego czasu Zjawa i obaj żeglarze dostali tęgi wycisk od morza i poczuli się mocni. Morze, nie szczędząc im silnych sztormów, najwyraźniej ich polubiło. Z Calais ruszyli dalej.

Obaj z niewielkim jeszcze morskim doświadczeniem i na niezbyt doskonałym jachcie, z wielkimi trudami przepłynęli Bałtyk i Morze Północne, poradzili sobie na wodach, zawsze wściekłej, Zatoki Biskajskiej aż dotarli do… krańca wytrzymałości finansowych. Zatrzymali się w hiszpańskim porcie Santander. Bez pieniędzy i na mocno zdezelowanym jachcie.Jakiś tam grosz, wystarczający na to, żeby nie umrzeć z głodu, złapali produkcją widokówek prezentujących jachty i żaglowce. Rudolf miał artystyczne zacięcie, a Władek najwyraźniej też coś potrafił.

W tym czasie Władek wysłał do Kuriera Krakowskiego propozycję reportaży z rejsu z pierwszą, oficjalnie podaną do Polski informacją, że jest to rejs dookoła świata. Ale pomoc z kraju nie nadeszła.

19 grudnia, 1932 roku dotarli do Lizbony. Tam spędzili święta, ponaprawiali co się dało, uciułali trochę pieniędzy (Rudolf malował obrazki, Władek pisał artykuły), dobrali załoganta (Olaf Frydson, pracownik polskiej ambasady), zaopatrzyli jacht w co trzeba do podróży i – po trzykrotnych próbach pokonania  sztormowego przyboju – 1 stycznia 1933 roku ruszli w morze.

 

1932. Wschodni Atlantyk

13 stycznia weszli do portu w Rabacie (Maroko), 16 stycznia do Casablanki (również Maroko), potem odwiedzili porty Mogador (obecnie Essaouira, nadal Maroko) i Port Etienne (obecnie Nouadhibou w Mauretanii i wreszcie 15 marca zatrzymali się na dłuższy popas w Dakarze (Senegal), aby przygotować jacht do “skoku przez Atlantyk”. W remoncie jachtu pomogła im francuska marynarka wojenna, najwyraźniej zamierzenie chłopców zyskało już rozgłos. Jacht, przebudowany według Władka przemyśleń, otrzymał drugi maszt, bukszpryt i wydłużoną rufę. Stał się keczem. Miał być szybszy, wygodniejszy i mocniejszy. Życie pokaże, że nie wszystko idzie zgodnie z zamiarami.

 

POPRZEZ  OCEAN  ATLANTYCKI

W Atlantyk ruszli 21 kwietnia 1933 i po wielu morskich przejściach, po utracie bukszprytu, dobudowanej rufy i dodatkowego masztu – 28 maja dotarli do Brazylii, to znaczy do miejsca pomiędzy wyspą Maraca i rzeką Conami. Nawigacja prowadzona “metodą zliczeniową”, która sama w sobie przewiduje spory błąd, pozbawiona szans na jakąkolwiek precyzję (nadal tylko kompas), dała błąd wynoszący zaledwie 60 mil morskich, co należy uznać za sukces. Niewiele brakowało a na tym wyprawa by się zakończyła: nieopatrznie we dwóch, Władek i Frydson wybrali się na prowizorycznej tratwie na brzeg, aby sprawdzić gdzie są, rzuceni przez przybojową falę na mangrowy las stracili tratwę i noc przebyli w bagnistych krzakach, pośród miliardów, żywcem pożerających ich komarów.  Następnego dnia kraulem, ledwie zipiąc, powrócili na jacht, zakotwiczony na bezpiecznej głębszej wodzie. Już wiedzieli, że są na pewno w Ameryce. Przed malarią uratował ich siedmiogodzinny pobyt w słonej wodzie. Podczas pierwszego postoju w Brazylii, na wyspie Belem do Para, Rudolf zafascynowany urodą Brazylijek, opuścił jacht. Władka i Frydsona nadal fascynowało bardziej morze.

Dalsze żeglowanie poprowadzilo ich poprzez Gujanę, Trynidad, Antyle Holederskie i Kolumbię do Panamy. Wyprawa budziła coraz większe zainteresowanie, wizyty w portach stawały się wydarzeniem o dużym znaczeniu, a spotykani tam Polacy przyjmowali ich z dumą. Zjawa płynęła pod biało-czerwoną banderą.

 

PANAMA

Przed Colon, panamskim portem, z którego wyrusza się w Kanał, Zjawa zaczęła się rozsypywać. Najwyraźniej miała już dość morskiej przygody, bardzo chciała odpocząć. Kiedy, 3 grudnia 1933 roku, zaryła wreszcie w piasek panamskiej plaży, nie było żadnych szans na odbudowę. Ale udało się ją sprzedać za 150 dolarów, w sam raz tyle, żeby nie umrzeć z głodu nazajutrz. Podzielili się pieniędzmi i Frydson zniknął, tak jak się pojawił w Lizbonie. Nigdy się już nie spotkali.

Władek został sam, bez przyjaciół, bez jachtu i w zupełnie obcym środowisku. Zapewne nie było mu wesoło.

 

“Musiałem iść na “Zjawę”, aby zabrać to, co pozostało z moich rzeczy, książki oraz dwa kompasy. Zastałem nowego właściciela, który wpychał ją na brzeg wraz ze swoimi sąsiadami. Używali bali, rur i ciężkiego wozu. Dookoła zebrała się liczna grupa dzieciaków w sielankowym nastroju,całe zdarzenie wygladało jak wielka zabawa. Myślałem, że serce mi pęknie: to był ostatni raz kiedy widziałem “Zjawę”.

“By the Sun and Stars” Wł. Wagner

 

Był wyjatkowym twardzielem…

Minęło półtora roku od startu, za rufą pierwszej Zjawy pozostało ponad 7 tysiecy mil i niemały już bagaż zdarzeń – przyszedł czas aby to wszystko spisać. Siadł, napisał i tuż przed Bożym Narodzeniem 1933 wysłał do Polski. Pierwsza jego książka pod tytułem “Podług Słońca i Gwiazd” ukazał się w Polsce w 1934 roku, wydana przez Księgarnię Wojskową w Warszawie.

 

 

2. S/Y ZJAWA II

 

 

Rok 1934. Panama

Jej niedokończony kadłub zobaczył podwieszony pod sufitem w warsztacie pewnego Norwega, który rozwijał morski handel w rejonie Panamy i z tą myślą budował kolejną łódź. Zafascynowany opowieściami o rejsie i o dalszych Władka planach, sprzedał mu skorupę na warunkach, które Władkowi bardzo odpowiadały: na raty w ramach możliwości. Zresztą, pierwszą ratę wpłacił sobie sam: poprosił Władka o reportaż z rejsu, sam go przetłumaczył i spopularyzował w Norwegii, a studolarowe honorarium stanowiło 20 procent ceny kadłuba. Od tego momentu Władek już nigdy nie czuł się samotny. Zobaczył, że świat jest pełen życzliwych ludzi, a tylko aniołowie stróże mają trochę roboty, żeby ich ze sobą komunikować.

Kadłub nowej Zjawy miał 48 stóp długości, 14 stóp szerokości i 6 stóp zanurzenia. Wykonany był z żywicznego drewna sosnowego i mahoniowych wręgów. Cudo! To, że brakowało w nim kabin i wyposażenia stanowiło tylko wyzwanie. Zakasał rękawy i wziął się do roboty. To już drugi jacht, który budował.

 

“Różne myśli przelatywały mi przez głowę, ale ta przede wszystkim, że będęmógł kontynuować swoją podróż przez morza, że będę mógł zakończyć swoją wyprawę i być bardzo  szybko z powrotem w Polsce.”

“By the Sun and Stars”. W. Wagner

 

Wodował ją, ale jeszcze bez wnętrza i pokładu, 4 lutego 1934 roku, a wszystko za sprawą honorariów za artykuły o rejsie, które pisał do polonijnej prasy w Chicago i do Polski. Z Warszawy nadeszły pieniążki z wydawnictwa i – napawająca dumą – nominacja Władka na oficjalnego reprezentanta ZHP.

Wybudowanie pełnomorskiego jachtu zabrało mu jedenaście miesięcy. Większość prac wykonał sam.

 

Władysław Wagner oficjalnym reprezentantem ZHP na wszystkie strony świata

Władysław Wagner oficjalnym reprezentantem ZHP na wszystkie strony świata

Kanał Panamski

Grudzień 1934, Kanał Panamski.  Władysław Wagner na "Darze Pomorza"

Grudzień 1934, Kanał Panamski. Władysław Wagner na “Darze Pomorza”

 

4 grudnia 1934 roku, przepływający akurat tam w rejsie dookoła świata żaglowiec “Dar Pomorza” wziął Zjawę II na hol i przeciągnął na druga stronę Kanału Panamskiego. Cieśla z “Daru Pomorza” oraz kilku Władka kolegów z Gdyni, którzy byli już studentami Wyższej Szkoły Morskiej, włączyli się do prac wykończeniowych na Zjawie II.

Do załogi Zjawy II dołączył Stanisław Pawlica, Polak, obieżyświat, ale załogant…no, taki sobie. Wyruszyli po paru dniach i w pierwszym sztormie stracili top masztu. Zatrzymali się na bezludnej Wyspie Gorgona (Kolumbia), gdzie rosły proste, wysokie drzewa. Nadawały się na maszt.

 

Rok 1935. Pacyfik

27 stycznia dotarli do Libertad w Ekwadorze, tam przygotowali jacht do drogi przez Pacyfik i wyruszyli w stronę Oceanii, gdzie dotarli po 56 dniach żeglowania w silnych i słabych wiatrach, w sztormach i w – o wiele gorszej od sztormów – ciszy, która przez dwa tygodnie doprowadzała ich do szału. Wytrwali i na Wyspach Cooka w Polinezji witano ich jak bohaterów, niezwykle entuzjastycznie, barwnie i trochę długo; musieli w końcu z tego raju na ziemi salwować się ucieczką.

23 czerwca dopłynęli do wysp Pago Pago w Polinezji Amerykańskiej, a 11 lipca do portu Suva na wyspie Fidżi.

 

Fidżi

Miały tam czekać listy i pieniądze z kraju i z Chicago za artykuły. Niestety nie nadeszły. Oczekiwanie na pocztę i kiepska pogoda przedłużyły postój w Suva do dwóch miesięcy; wykorzystał je Wladek na wykonanie i zainstalowanie nowego bomu, wymiany części olinowania i uszczelnienia jachtu, który wymagał tego coraz bardziej. Poznał wielu żeglarzy, nadzwyczaj gościnnych wyspiarzy i… niecierpliwie oczekiwał wieści z Polski.

 

“Myślałem o powrocie do Polski i mojej przyszłości i wiedziałem, że będzie to miało związek z morzem. Zacząłem się spieszyć, kiedy nadeszły z Polski dobre wieści. Chciałem kupić trzy towarowe szkunery do handlu na Bałtyku i Morzu Północnym. Od moich przyjaciół otrzymałem wiadomość, że Bank Handlowy mógłby sfinansować 80% zakupu. To była moja nadzieja, że będę mógł zrealizować dawne marzenia dostarczania tropikalnych owoców bezpośrednio do Polski w bardziej opłacalny sposób, niż przez instniejacą drogę przez Morze Śródziemne i pociągiem przez Francję i Niemcy.”

“By the Sun and Stars”, Wł.Wagner

 

Wyruszyli w dalszą drogę 2 października 1935 roku, ale już następnego dnia, w silnym sztormie powrócili z uszkodzonym sterem. Tym razem najpewniej Opatrzność uszkodziła im jacht, bo w porcie Zjawa II zaczęła tonąć. Władek z trudem uratował z jachtu sprzęt i część żywności, ale samegojachtu nie uratował, jego dno zostało dosłownie pożarte przez świdraki, robale, które w morzach południowych osiągają często długość 16 centymetrów i są wiecznie głodne. Zdobył wówczas wiedzę o drewnie, która w przyszłości zaowocowała przy budowie kolejnej Zjawy, a potem, po latach w jego własnej stoczni, mianowicie, że sosna, o dużej zawartości żywicy jest smakołykiem świdraków. Być może dlatego tak wiele statków i okrętów zaginęło na morzach świata: po prostu zapadały się nagle w morze.

 

“Mieć nową łódź jednego dnia i żadnej następnego było ciężkim doświadczeniem.”
 
“By the Sun and Stars” W. Wagner

 

Pawlica, oszołomiony wdziękiem miejscowych “syren”, postanowił pozostać na wyspe Fidżi. To już drugi załogant Zjaw, dla którego zew morza nie był aż tak silny jak uroki południa. U Władka morski zew był silniejszy: mimo, że pozostał znowu bez jachtu, bez przyjaciół i bez pieniędzy i nie był jeszcze nawet w połowie drogi, zaczynał wszystko od początku. Znalazł pracę w miejscowej stoczni i rozglądał się za kolejnym kadłubem do zabudowania.

Wtedy właśnie zaczął pisać “Pokusę Horyzontu”, która w Polsce ukazała się w 1937 roku nakładem Wydawnictwa Ligi Morskiej i Kolonialnej, Okręg Ślaski. Warto rzucić okiem na wstęp:

 

“Dzieje jedynego w swoim rodzaju wyczynu harcerza Władysława Wagnera, który sam jeden, bez środków, wyposażony jeno w brawurową młodzieńczą odwagę, awanturniczą niemal przedsiębiorczość i wspaniale męską wytrwałość, na małym jachcie wyruszył na zdobycie świata, a żeglując po wszystkich oceanach i morzach – po najdalszych zakątkach ziemi roznosił imię Polski – godne są bliższego poznania przez szersze warstwy naszego społeczeństwa, szczególnie przez naszą młodzież. Junacka postać harcerza Wagnera powinna się stać symbolem młodzieńczego romantyzmu i rycerskich marzeń, z których silna wola i tęgi charakter wykuwają najpiękniejszą nieraz rzeczywistość; powinna być przykladem, że można osiągnąć rzeczy najnieprawdopodobniejsze – jeżeli się umie chcieć.”

“Pokusa Horyzontu” W. Wagner

 

 

 3. S/Y ZJAWA III, PACYFIK RAZ JESZCZE

 

 

Trzy modele  Zjaw zbudowane przez Władysława Wagnera zdobia dziś ścianę Jego domu w Winter Park.

Trzy modele Zjaw zbudowane przez Władysława Wagnera zdobia dziś ścianę Jego domu w Winter Park.

 

1936. Trzecia Zjawa

8 kwietnia 1936 roku Władek opuszcza Fidżi i na pokładzie kanadyjskiego parowca “Niagara”, wyrusza do Australii, gdzie jest serdecznie witany przez Polonię. W ciągu kilku miesięcy, przy pomocy australijskich przyjaciół oraz dzięki honorariom, gromadzi fundusze na budowę kolejnej, trzeciej Zjawy. To, że wróci do Ameryki Południowej, bylo oczywiste – miał to być rejs dookoła swiata, bez przerywników, a do Ekwadoru, dlatego , że rośnie tam czerwony dąb, którego nie lubią świdraki i że jest tam tradycja budowania drewnianych statków. Plany Zjawy III rysuje w kabinie rejsowego statku, w drodze do Ekwadoru. Ma to być 50-stopowy, dwumasztowy jol bermudzki.

 

Wodowanie Zjawy III, 27 marca 1937

27 marca 1937. Wodowanie Zjawy III.
Zdjecie Wł. Wagnera

 

Stocznię, skłonną wybudować jacht za możliwą dla Władka, cenę i pod jego nadzorem, nie bez trudu znajduje w Guayaquil (Ekwador), pewnie tylko dlatego, że właścicielem jest Czech, bratnia dusza, też trochę taki żeglarz -marzyciel. Prace rozpoczęły się we wrześniu 1936 roku i trwały do czerwca 1937 roku. Kiedy zabrakło pieniędzy i Władkowi zaczęła doskwierać samotność, pojawił się Władysław Kondratowicz. Nie trudno spostrzec, że Władek, obok silnego charakteru, miał też sporo szczęścia. Kondratowicz, którego Wagner poznał w Australii, zamierzał zainwestować w Ameryce Południowej w kamienie szlachetne, ale po spotkaniu z Władkiem doszedł do wniosku, że pozostanie z nim, dokończą razem budowę Zjawy III i razem żeglując przez Pacyfik powrócą do Australii. Tak też się stało.

Wodowanie nastąpiło 27 marca 1937, nazajutrz postawiono maszty i do prac wykończeniowych przystapili dwaj szkutnicy, uciekinierzy z Niemiec, którzy zatrzymali się w Ekwadorze w poszukiwniu lepszego miejsca do życia. Byli znakomici w swojej pracy i wykonane w mahoniowym i kamforowym drewnie wnętrze Zjawy III było solidne i oszałamiająco piękne. Na miejscu uszyto żagle, galwanizowane kotwiece z łańcuchami, światła burtowe i liny sprowadzono z USA. Nadeszła też przesyłka z Polski z prezentami od Polskiej Marynarki: sekstanem z kompletem tablic nawigacyjnych, nowczesny kompas i Morski Almanach, czyli locja z opisem wód i portów, bez których dotychczasowe żeglowanie było bardzo trudne i przypominało raczej czasy gdy żaglowce dociarały na dalekie morza po raz pierwszy.

30 czerwca 1937 roku dotarł Certyfikat Polskiego Rejestru Statków dla Zjawy III, w którym podano Port Zarejestrowania Jachtu – Gdynia.

 

1937. Pacyfik

5 listopada 1937. Obaj Władkowie, Wagner i Kondratowicz -  nareszcie w Sydney.

5 listopada 1937. Obaj Władkowie, Wagner i Kondratowicz – nareszcie w Sydney.

 

19 lipca 1937 roku Zjawa III wypłynęła na otwarty Pacyfik. Władek po raz drugi ruszał w przestworza Oceanu Spokojnego, ale tym razem nieco inną trasą, bardziej na południe, poprzez Polinezję. 18 sierpnia, po przebyciu 3700 mil Zjawa III wpłynęła na lagunę wyspy Tacume, a do Papeete na Thaiti wpłynęli 28 sierpnia. Warunki żeglowania mieli nienajgorsze. Po drodze w szkwałowych uderzeniach wiatru i fali pękł bom, co było największą awarią, jaka spotkała ich na Polinezji, w końcu nie taką straszną, dało się ją szybko naprawić. Drugą poważną awarią, o której Władek opowiadał niechętnie, był brak czasu i pieniędzy: gdyby je mieli w nadmiarze uroczystości witania ich na Polinezji trwałyby w nieskończoność. Nazajutrz po Władka urodzinach, 18 września pożegnali nadzwyczaj gościnną Papeete i wzięli kurs na Bora Bora. Byli tam dwa dni później i wówczas doszło do drugiego spotkania Władysława Wagnera z Alainem Gerbaultem – w latach miedzywojennych najsłynniejszym francuskim żeglarzem. Warte odnotowania.

 

Pierwsze spotkanie obu tych zeglarzy miało miejsce w Casablance. Wagnera oszołomilo zaproszenie na jacht “Alain Gerbalt”, który nazywał się tak jak jego właściciel, a którego sława dotarła do Polski jeszcze przed początkiem Władkowego Rejsu. Gerbault wyruszał właśnie na nowym jachcie w drugi już “przeskok” Atlantyku.

 

“Wygladał bardzo pięknie, specjalnie zaprojektowany dla niego i wybudowany kosztem pół miliona franków, sponsorowanych, jak słyszeliśmy, przez słynną żeglarkę Madame Herriot. Opowiedzieliśmy Geurbaltowi o “Zjawie”, a on zażyczył sobie odwiedzić nas na pokładzie i ją obejrzeć.

Kiedy nadszedł czas jego wizyty, wyczekiwaliśmy niecierpliwie. Wreszcie zobaczyliśmy go nadchodzącego i wszystko było dobrze dopóki nie podszedł bliżej i nie zobaczył “Zjawy” dokładnie. Wtedy przystanął i potrząsnął głową. Bez słowa odwrócił się i odszedł. W porównaniu do jego jachtu “Zjawa” musiała wygladać smutno i moja duma była zraniona.”

“By the Sun and Stars”, Wł. Wagner

  

Wyobrażmy sobie jaką miał minę Gerbault, kiedy zorientował się z kim ma do czynienia, kiedy usłyszał co Władek osiągnął na pierwszej Zjawie, potem na drugiej i tej oto, trzeciej, którą sam zaprojektował i zbudował. Przypomniał sobie tamto spotkanie, w Casablance, i wrażenie jakie na nim zrobiła pierwsza Zjawa: był przekonany, że chłopaki na tej łódce Atlantyku nie przepłyną, dlatego – jak tłumaczył – biorąc ich za szaleńców wolał odejść.

 

5 listopada 1937. Zjawa III wpływa do portu w Sydney

5 listopada 1937. Zjawa III wpływa do portu w Sydney 

 

 

4. W AUSTRALII

 

 

1938. Przygotowania

Coraz bardziej realny stawał się triumfalny powrót do Gdyni. Władek miał już za sobą ponad połowę drogi, do dyspozycji znakomity jacht i wystarczające doświadczenie. Zjawa III już się sprawdziła, była gwarantem szczęśliwego powrotu do kraju. Brakowało jeszcze tylko dwóch elementów, aby wyprawę szczęśliwie zakończyć: pieniędzy i załogi.

Trzecia Zjawa była 15 metrowym dwumasztowym jachtem typu jol. Pierwszy grotmaszt, niósł żagiel o powierzchni 55 metrów kwadratowych, a drugi – bezanmaszt, znacznie niższy od przedniego, miał zadanie utrzymywać żagiel o powierzchni 9 metrów kwadratowych.

Dwa przednie sztaksle miały powierzchnię 19  i 17 metrów kwadratowych i wraz z grotem i bezanem stanowiły doskonały zespół do żeglowania w najtrudniejszych warunkach. Wszystko na tym jachcie zaprojektował Władek w drodze do Ekwadoru. Oczywiście, że był to wynik jego dotychczasowych doświadczeń, ale nawet dzisiaj zadziwia inżynierska precyzja rysunków, ktorym niewątpliwie towarzyszyły wyliczenia. Na zawsze pozostanie dla mnie tajemnica -skąd Władek miał tę wiedzę. Kto i kiedy nauczył go projektowania żaglowców. Sam od siebie? Pierwsze dwie Zjawy nie wytrzymały, rozsypały się w drodze. Trzecia miała go zawieźć do domu. Był Jej absolutnie pewien. Sam ją zaprojektował i od początku do końca nadzorował budowę.

Sporządzone przez Władka rysunki Zjawy III, świadczą o profesjonalizmie konstruktora,  jego doświadczeniu,  doskonałej znajomości materiałów potrzebnych do budowy tak dużego jachtu oraz niemal doktoranckiej wiedzy z zakresu aerodynamiki. czy też dynamiki fal morskich  Niezbędna tu jest wiedza z zakresu aerodynamiki, dynamiki fal morskich. Bez tej wiedzy nie ma sposobu na  prawidłowe rozmieszczenie masztów, na ustalenie ich wysokości i całego olinowania. Trzeba wiedziać jakim naporom wiatru musi się oprzeć ożaglowanie jachtu, znaleźć środek ciężkości każdego zrefowanego żagla w warunkach sztormowych i rozwinietego przy słabych wiatrach. Nastepnie – trzeba  zrównoważyć pracę żagli z balastem, który z kolei należy prawidłowo rozłożyć w zęzie, trzeba wyliczyc jego ciężar i wielkość.

No i – ster, jego wielkość, pozycja z której najwygodniej będzie jachtem kierować w każdych warunkach, nawet takich, gdy olbrzymie fale próbują jacht  odwrócić, aby go potem przewrócić. Wszystko to musi być przewidziane, wyliczone, zaprojektowane, a dopiero wtedy – zbudowane.

Pytam: skąd miał tą wiedzę? Z dotychczasowego rejsu? Obie pierwsze Zjawy budował na gotowych kadłubach.

 

“Kiedy opuszczałem Polskę, wiedziałem, ze gdzieś będę musiał zbudować nową łódź…”
 “By the Sun and Stars” Wł. Wagner

 

Sława i osobisty urok, plus do tego gawędziarski talent przysporzyły mu wielu przyjaciół w Polonii australijskiej oraz pośród Australijczyków. Skorzystał z zaproszenia na zajęcia w Sydney Technical Collage, gdzie posluchal kilku wykladów na temat budowy statków, ale na pełne studia zabraklo mu czasu. Przyjaźń z właścicielem stoczni, panem Wilde, zaowocowała wyciągnięciem Zjawy III na pochylnię i po oczyszczeniu i pomalowaniu dna Władek zakotwiczył swój jacht w ekskluzywnej Zatoce Róż w pobliżu Sydney. Zapewne nieodpłatnie.

Wagnera byli dzielni australijscy farmerzy, pan McBain, pan Gunter i pan Smith – hodowcy owiec. Gospodarzyli na odległych górskich terenach, porozrzucanych na tak dużych obszarach, że spotykać się mogli z sasiadami i, w razie czego, nieść sobie pomoc, tylko przy pomocy samolotów. Zaprzyjaźnili się z Władkiem i któregoś wieczoru gadu-gadu opowiedzieli mu o swoich problemach, związanych z budową pasów startowych. Bo lądując lub startując wzbijają tumany kurzu tak olbrzymie, że dom, ogród i silosy zbożowe były nim wiecznie pokryte. Że stale równając ziemię pod pasy startowe zdzierali wierzchnią, stabilną skorupę i robiło się jeszcze gorzej. No i wiatr, który w górach kręci…

“Myślę, że mam na to radę” – powiedział Władek.

Zaproponowali za konsultację 100 funtów od farmy. Pojechał, doradził, dopilnował budowy. Co doradził? Władek po prostu widział jak budowano nowe ulice w Gdyni, pracował tam jego ojciec. Zanim powstały trzeba było uzupełnić sypki grunt kamieniami i żwirem, wszystko to solidnie ubić i zalać ciężkim olejem asfaltowym lub nawet starym olejem silnikowym. Nawierzchnia będzie trwała, stabilna i… nie będzie kurzyć. Powinna być odpowiednio zaprojektowana, tak aby chronić przed niebezpieczeństwem wiatrów spadających z gór, a jednocześnie wykorzystać górską osłonę dla małych samolotów podczas startu i lądowania. Władek wiedział co mówi, zwłaszcza o wiatrach…
Spędził na farmach kilka miesiący i przywiózł 800 funtów. Nieźle, jak na owe czasy.

 

“Podróżowanie po tym rozległym, pustym kraju było bardzo uciążliwe, ale było częścią mojej pracy, przy której rysowanie i wytyczanie przyszłych pasów startowych było dziecinnie łatwe.”
 “By the Sun and Stars” Wł.Wagner

 

Z finansową ofertą zjawił się nagle Związek Harcerstwa Polskiego, z dumą rozgłaszający w Polsce o wielkiej chlubie jaką przynosi harcerz Władysław Wagner polskiemu harcerstwu w rejsie dookoła świata. Oferta składała się z trzech punktów. W pierwszym ZHP informowało o zamiarze wysłania mu 4000 złotych, czyli około 300 funtów, jeżeli Władek zechce pozostać w Australii jeszcze rok i reprezentować polskich harcerzy na australijskim jamboree; po drugie ZHP załącza mu czek na 500 złotych jako zaliczkę na poczet tamtych czterech tysięcy. No a punkt trzeci zawierał ofertę pożyczki 1500 złotych na pokrycie rejsu powrotnego do Polski; obie te pożyczki, czyli 1500 plus 4000 Wagner rozliczy w Polsce. Po powrocie. Oferta była “rewelacyjna”. “It was very disappointing” – pisał w swoich pamiętnikach.

Sypnęła nieco groszem Australijska Polonia zaopatrując Zjawę III w żywność oraz w dodatkowe dwa żagle.

Niezwykła też serdeczność spotkała Władka i jego Zjawę III od samych Australiczyków, którzy potraktowali go jako specjalnego gościa na uroczystościach 150 lecia Australii. O spiżarnię zadbał również Władysław Kondratowicz, do niedawna – załogant “Zjawy III”, który w Austalii produkował najlepsze polskie kiełbasy. W swoim pamiętniku Władek notuje, że odpływając z Sydney miał w kieszeni więcej gotówki niż wówczas, gdy budował Zjawę III.I ogromne zapasy kiełbasy, którą ukochał David Walsh.

Spore dochody wpływały z krótkich rejsów morskich na Zjawie III, organizowanych przez polonijne i australijskie organizacje. Skwapliwie skorzystali z możliwości krótkich wypraw żeglarskich australijscy skauci i niebawem wyznaczyli dwóch załogantów, którzy wraz z Władkiem mieli dotrzeć na Światowy Zlot Skautingu planowany na lipiec 1939 w Szkocji. Obaj, David Walsh i Sidney Smith z Pierwszej Drużyny Skautów Wędrowców Woolhara- Paddington, rówieśnicy Władka, zameldowali się na pokładzie Zjawy III 9 lipca 1938 roku. Zaczynało się uroczyste pożegnanie.

 

1938. Do Polski!

“Panowie, ruszamy do Polski” – powiedział do nich Władek.

Zaakceptował ich bez żadnych warunków wstępnych, tylko niech mu powiedzą coś o swoim żeglarskim stażu.Nic nie mieli do powiedzenia. Każdy z nich gdzieś tam pływał, a skautingowe żeglarstwo miało się w Australii dopiero rozwijać. Były plany i – w powijakach – skautowskie bazy żeglarskie. Znaczy – jedna baza. Dokładnie rzecz ujmując wyznaczono już dla niej teren na Mt. Keira, na wzgórzu oddalonym o 60 km od morza.

Australijski skauting liczył na to, że morski rejs do Europy zapewni dwom skautom wystarczające doświadczenie, aby zamierzone bazy powstały. Ale żeby nie było “na krzywy ryj” skauting australijski przeznacza na ten rejs po 250 funtów szterlingów na każdego z nich dwóch. Razem pięćset.

 

17 maja 1938. Zjawa III w Sydney, w Zatoce Roz. Poczatek uroczystosci.

17 maja 1938. Zjawa III w Sydney, Zatoka Róż, poczatek uroczystości pożegnalnych.
Zdjęcia Wł. Wagner

 

Zadziwiające, że od zarania żeglarskich dziejów, od czasów Kolumba, a zapewne i dawniej – kiedy ktoś wyrusza w rejs morski, gromadzi ekipę, wyznacza znakomite cele, które w przyszłości zadziwią świat – zawsze taki ktoś ma kłopoty z pieniędzmi. Znaczy – najczęściej ich nie ma. Pięćset funtów.w roku 1938 to dużo więcej niż dzisiaj, ale jak na rejs z Australii do Europy stanowiło to jakieś 10% potrzeb. Przy założeniu, że się nic na jachcie nie zepsuje. Kłopoty finansowe nie opuszczały Wagnera przez cały ten wokółziemski rejs. Ale nie opuszczała go też wiara w szczęśliwy los.

W czasie, gdy trwały przygotowania do drogi,  pocztą dyplomatyczną z Warszawy nadszedł niezwykle ważny dla Władka dokument: “Patent Kapitana Jachtowej Żeglugi Morskiej” wystawiony przez Polski Związek Żeglarski. Wystawiony był 23 maja 1938 roku a podpisany przez dwie wybitne w tym czasie w Polsce osobistości: Jerzego Lisieckiego i Komandora C. Petelenza. Był to dopiero trzydziesty drugi patent kapitański wydany w Polsce, nawet i dzisiaj bardzo trudny do zdobycia.

Tego samego dnia otrzymał dokument najważniejszy: Polski Paszport. Jedyny dokument jakim Władek poslugiwał się do tego momentu była jego legitymacja szkolna. Od tej pory miał dwa: paszport i patent, jedyne dokumenty, którymi posługiwał się do końca życia. Oba sankcjonowały stan faktyczny i w jakimś stopniu wpłynęły na powojenne losy Władysława Wagnera, o czym jeszcze opowiemy. Tymczasem wróćmy do Sydney.

Uroczystości pożegnania trwały dwa dni. Sydney żegnało nadzwyczajnego gościa paradami na wodzie. Polonia australijska zorganizowała uroczystość pożegnalną na lądzie, w strojach ludowych wystąpiły polonijne zespoły, orkiestry, poczty sztandarowe.  Uroczysty moment następuje tuż przed oddaniem cum, gdy w kokpicie “Zjawy III” naczelnik australijskiego skautingu mocuje srebrną tablicę z napisem:

 

“WŁADYSŁAWOWI WAGNEROWI
 Z POLSKIEGO HARCERSTWA MORSKIEGO
 Od
 SKAUTOW MORSKICH W SYDNEY, Nowa Południowa Walia
 Na pamiątkę Jego wizyty na jachcie Zjawa III w trakcie podróży dookoła świat.
 I w dowód wielu trwałych przyjaźni zawiązanych podczas jego pobytu w Australii
 Lipiec 1938″

 

 

Cudem wyszła cało z opresji dramatycznych wydarzeń i dzisiaj (2012 rok) zdobi ścianę domu Mabel Wagner w Winter Park, tuż obok wykonanych przez Władysława Wagnera modeli trzech Zjaw.

 

 

5. PRZEZ OCEAN INDYJSKI

 

 

1938. Wzdłuż Brzegów Austaralii

Zjawa III opuszcza Sydney 10 lipca 1938 roku, w szóstą rocznicę startu z portu gdyńskiego.

 

“Poniedziałek, 11tego lipca 1938, czas: 8:00.Kurs 15Wiatr S 5°, ciśnienie 77.8°.
 Światła Newcastle minięte. Port Stephens minięty.
 Środa, 13tego lipca 1938, czas: 11:00. Sworzeń grota bezana urwany. Czas: 14:00. Wiatr SES 3°, ciśnienie 77.00°. Awaria naprawiona, grot podciągnięty. Sid miał wachtę od 9:00 do 14:00.
 Czas:16:00. Urwana topenanta, reperacja przy kliwrze (oko).Godz. 20:00. Minięta latarnia Cape Byron.
"
 
Dziennik Okrętowy”Zjawy III” (Tekst orginalny)

 

Żeglujac wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii w ciągu 10 dni Zjawa III osiagnęła Wyspę South Percy, leżącą na północnym krańcu Wielkiej rafy Koralowej, oddalonej od Sydney 2200 mil morskich. Przebieg byl znakomity, w obszarze dość trudnym nawigacyjnie, pomiędzy kontynentem i Rafą, której niezliczone zęby srożyły się na powierzchni morza, niekoniecznie zgodnie z mapami.

No i pocieszajace było to, że z Australii do Polski jest znacznie bliżej niż z Polski do Austarlii. Sprawdźcie, jeśli nie wierzycie.Zgadza się? Przed nimi tylko jeden ocean, Indyjski, a za rufą trzech Zjaw dwa: Atlantyk i olbrzymi Pacyfik. Ale póki co trzeba lewą burtą ominąć wschodnie wybrzeże Australii i nie wpakować się na pobliską Wielką Rafę Koralową.

 

“Niedziela, 7go sierpnia 1938, Townsville, godz. 8:30. Flauta. Przyjazd Bernarda Plowrighta. Sidney Smith opuścił Zjawę III z powodu choroby morskiej. Wraca do Sydney. Na jego miejsce Bernad Plowrright, pseudonim “Blue”.
 Czas: 10:00 Odjazd. Wiatr przeciwny w kanale – po kilku zwrotach osiedliśmy na mieliźnie – ½ odpływu. Pomoc Mr M.F.Satini (Komandor Y.C.) – jego motorówka za słaba. Jeszcze dwie motorówki ofiarowały pomoc. Idzie lepiej- wreszcie zeszła. Mr F.Satini wyholował Zjawę III z kanału. Duzo widzów na rowerach.
 Czas: 11:45, wyjście na morze.
 Czas: 19:30, minięta latrnia Middle Reef.”

 Dziennik Okrętowy”Zjawy III”

 

Na zasiedlonych wyspach, w nadmorskich osadach, w pobliżu których stawali na kotwicy, wszędzie byli oczekiwani i gościnnie podejmowani. Aż stępiała czujność załogi i utknęli na rafie. Szli pod wszystkim żaglami.

To był błąd Blue, ale wybrane przez niego przejście pomiędzy lądem a rafą Eh Władek zaakceptował. Była godzina 02:40 w nocy. Zjawa III uderzyła kilem w skałę i bez przełożenia żagli sama wykonała zwrot po czym położyła się na burtę. Nadchodząca fala łódź podniosła i gwałtownie opuściła. I tak jeszcze cztery razy Zjawa III waliła burtą w rafę. Woda wlewała się przez otwarte luki, żeglarze ratowali najpierw siebie, potem luzowali żagle. Nagle kolejna fala zepchnęła jacht z rafy pozwoliła jej powrócić do normalnej pozycji.

 

“Wtorek, 9 sierpnia 1938 roku. Czas: 3:00. Kurs E. Wiatr SE – 7-8°B. Zachmurzenie ¾. Zagle a.b. (grot i fok). Bezan i kliwer spuszczone. Wody w kadłubie niewiele.
 Czas: 3:30. Kurs SWW. Wiatr SE – 8°B. Zachmurzenie ¾. Żagle a.b. Wielka, silna, piętrząca się fala – morze wokół białe – zauważam rafy na ENE, zmiana kursu na N, później na NNW – stary fok podarło, założony nowy. Przejście blisko Acher Pt. Woda w kadłubie. Pompujemy z przerwami.”

 Dziennik Okrętowy”Zjawy III”

 

Australijska pomoc nie znała granic, wszystko ponaprawiano w Cooktown, nikt nie chciał żadnych pieniędzy, a pan Kondratowicz z Sydney na pociechę dosłał kolejne zapasy kiełbasy, która znikła za szybko mimo, że “Blue” za nią nie przepadał. Za to David Walsh – uwielbiał. Już pokochał Polskę i bardzo zapragnął tam dotrzeć, kiedy mu Władek opowiedział o gatunkach i smakach polskiej kiełbasy.

 

1938. Ocean Indyjski

23 sierpnia Zjawa III opuszcza Wyspę Possession, najbardziej na północ wysunięte terytorium Australii i rusza w stronę Timoru.

Przed nimi daleka droga przez Ocean Indyjski, Morze Czerwone, Kanał Sueski, Morze Śródziemne i przez Gibraltar w stronę Anglii, na Jamboree. A potem- do Polski? Wyruszyli z wielką wiarą w pomyślne wiatry. Nie wzięli pod uwagę tylko tych najbardziej nieprzewidywalnych – wiatrów historii.

Morze Javajskie przyjęło ich północno-wschodnimi wiatrami, dało im szybkość i we wrześniu stanęli na kotwicowisku wyspy Bali.

 

“Wtorek, 13 września 1938. Czas 2:00. Kurs WNW. Wiatr SE 2°B. Zachmurzenie 0. Żagle a.b.c.d.f. (grot, fok, bezan, kliwer, spinaker). Spuszczamy bezan i kliwer.
Czas: 4:45. Kurs NW. Wiatr E 1°B. Zachmurzenie 0. Żagle abcd. Dave obudził mnie – za blisko ladu. Zmiana kursu.
Czas: 7:00. Kurs od godz.6:00 WNW. Wiatr E 2-3°B. Zachmurzenie 0. Żagle a.b.c.d.f. Piękno przy wschodzie słońca – majestatyczne góry – zieloność – dwie żaglówki – widać cypel północny

Czas: 8:00. Bez zmian. Co za jazda! – kołysze, rzuca, trzepie żaglami – palmy kokosowe na wybrzeżu. Dave i Blue zachwyceni.

Czas: 13:30. Kurs WSW. Wiatr E 2°B. Zachmurzenie ¾. Żagiel d. Minięty Bunlulan – zielono – chaty i żaglówki – widać Buleleng”
Dziennik Okrętowy”Zjawy III”

 

A tam – znowu serdeczne przywitanie i gościnne zaproszenia. Cała, egzotyczna, niezwykle atrakcyjna wyspa do waszej dyspozycji, panowie. A czas? Jaki czas? Na Bali płynie inaczej. Tydzień trwa tutaj pięć dni, miesiąc trzydzieści pięć a rok sześć miesięcy. W dodatku obchodzimy właśnie 40 lecie koronacji Wilhelminy, królowej Holandii. No i wpadli chłopcy w sidła rozrywek, które mogłyby poprzewracać im w głowach, ale dla pewności pozostawili “Zjawę” na dwóch kotwicach i – nim się na dobre rozbawili – dotarł do nich telegram z kotwicowiska: “Silny wiatr od morza… jacht dryfuje.”

 

1938. Eh, Rafa…

Na szczęście nie byli daleko, samochodem gnali naruszając wszelkie zasady ruchu i dotarli na miejsce w momencie gdy Zjawa III wspinała się na piękną rafę koralową.
Trzeba coś powiedzieć o konstrukcji jachtu. Zjawa III była dwumasztowym jolem, którego kamienny balast o wadze trzech ton ułożony był w zęzie. Jacht posiadał full-kil, przez co dno było niemal gładkie – nic więc nie przeszkadzało, żeby łódka wjechała na rafę. Dno jednak zostało poważnie uszkodzone. Kiedy fachowcy z pobliskiej stoczni obejrzeli jacht wiszący na rafie wstępnie wycenili naprawę na 800 guldenów, czyli kwotę wielokrotnie przekraczającą finansowe możliwości chłopaków.
Znowu te paskudne pieniądze, a już było tak dobrze.

 

Zjawa III w stoczni Tanjong Prik po spotkaniu z fatalną rafą. Zdjecie Wł. Wagner

Zjawa III w stoczni Tanjong Prik po spotkaniu z fatalną rafą.
Zdjecie Wł. Wagner

 

Tymczasem w świat poszły informacje prasowe: “Polsko-austarlijski jacht tonie u wybrzeży Bali”, “SOS z jachtu Zjawa III” itp… Na Bali dotarły interwencje i zapytania z Australii i z Polski. Miejscowi zdejmowali jacht, wzięli go do naprawy, a chłopakami zajęli się polski konsulat i miejscowi skauci. Pokazali im wyspę Bali, czynny wulkan Kavaradte, a przede wszystkim słuchali opowieści Władka o jego rejsie, o jego Zjawach i o Polsce. I słuchał tych opowieści David Walsh, i tak słuchał, że sam zaczął opowiadać o Polsce, do której zmierzał.

Fachowcy ze stoczni stwierdzili, że trzeba wyrzucić kamienny balast z jachtu i zamocować metalowy kil, co zwiększy stateczność jachtu, jego szybkość i będzie to niewiele kosztowało bo szef stoczni jest zachwycony kamieniami, które służyły jako balast a pochodziły z Hondurasu. On bardzo chciał mieć je na tarasie. To znacznie obniżało cenę naprawy. Następnie okazało się, że pracownicy stoczni, zauroczeni faktem, że mogą uczestniczyć w tej niezwykłej “odysei” Wagnera, postanowili zrezygnować z zapłaty. Po dość skomplikowanych wyliczeniach właściciel stoczni wystawił rachunek na kwotę 28 guldenów, ale wobec takiego gestu swojej załogi, postanowił też się dołączyć do rejsu Zjawy III i rachunek per saldo, wynosi zero guldenów. I jak tu nie kochać Holendrów? Tych z wyspy Bali.

Zjawa III z nowym kilem opływała wody wyspy Bali ze stoczniowcami, ze skautami z wyspy Bali oraz z dyplomatami nie tylko z polskiego konsulatu. Jacht z kilem spisywał się znakomicie. Bilans wypadku na rafie był nadzwyczajny: wszyscy byli szczęśliw,i w tym minister spraw zagranicznych w Warszawie, który nakazał wszystkim polskim placówkom dyplomatycznym na trasie jachtu, a szczególnie tym w Kairze, w Algierze i w Londynie, aby udziliły załodze wszelkiej koniecznej pomocy. Rafa nazywała się “Eh Reef”.

 

1938. Dalej w ocean

Zjawa III z trzema skautami i nowym kilem ruszyła w stronę Jawy. Wszystko układało się wspaniale. Jacht szedł jak nowy. Załoga w doskonałym nastroju. Zapasy kiełbasy wyglądały na niezniszczalne… Słowem – pełnia szczęścia. I tak było aż do cieśniny pomiędzy wyspami Jawą i Sumatrą. Wiatr zmienił kierunek ze wschodniego na południowo-zachodni, lekko wiał prosto z cieśniny, aż siadł. Na trawersie mieli wulkan Krakatau i świadomość pobliskiego cmentarzyska pod wulkaniczną lawą, która w 1883 roku zakryła miasto i jego 35 tysięcy mieszkańców. Było południe i słońce zatrzymało się na jakiś czas nad jachtem. Powietrze było nieruchome, gorąc na pokładzie i pod nim nie do zniesienia. Pożałował Władek, że nie zainstalował motoru na Zjawie III. Tkwili nieruchomo na morzu, kiedy od zachodu, od Oceanu Indyjskiego nadciągnęły czarne ciężkie chmury.

Wtedy ktoś przypomniał, że właśnie zaczyna się pora cyklonów. Być może to właśnie pierwszy z nich. Lunął deszcz. Zdążyli zwinąć żagle, kiedy uderzył wiatr, wściekły, że niewiele może chłopakom napsuć. Za dnia mieli noc. I dużo wody nieustannie przez sześć godzin. I wyjących stu diabłów obdzieranych ze skóry. Nie jest to miłe, wiem, przeżyłem. I jeśli żeglarz wytrzyma to nerwowo, nie wystraszy się i nie zwiariuje, to wreszcie doczeka się, że ni stąd ni z owąd, nagle te wściekłe siły się wyłączają. Nagła cisza powoduje, że bębenki w uszach mało nie pękną. Cisza. Ani wiatru ani chmur. Podobno w tym momencie załogi żaglowców masowo wyskakiwały do wody.

Władek, David i Blue wytrzymali i 27 października 1938 roku o godzinie 01.00 w nocy wyszli z cieśniny Panaitan na Ocean Indyjski.

Piętnaście dni później dotarli do Atolu Diego Garcia w archipelagu Wysp Chacos. Zapisy w Dzienniku Okrętowym smętne jak pogoda: niebo zakrywa niska warstwa chmur, mżawki, a na pobliskim brzegu nie widać ani domów ani ludzi, nic, co by radowało serce. Po drodze mieli kilka sztormów, parę razy postraszył ich niski pułap chmur, ale cyklon nie pojawił się.

Kuchnią kierował Blue, podając zawsze to samo danie, które nazwał “International Soup”. Cóż to takiego? Otóż w zapasach jachtu był ryż, ziemniaki z Jawy, kukurydza z Paragwaju, cebula z Bombaju, curry z Indii, sól z Austaralii a makaron z Włoch. Kolacje były polskie: kiełbasa. Codziennie kiełbasa. Aż się skończyła albo zepsuła i resztki wylądowały za burtą.

 

1938. Lekcja języka polskiego

Kapitan Władek uczył Australijczyków sztuki żeglarskiej według podręczników polskich i angielskich. I tu powstał zasadniczy problem językowy. Polskie słownictwo żeglarskie wywodzi się z języków angielskiego, holenderskiego, niemieckiego i Bóg wie jakich jeszcze. Trudno niektóre ze zwrotów żeglarskich przełożyć wprost na polski lub angielski. Wymaga to niezwykłej erudycji i w żaden sposób nie da się tego wytłumaczyć Anglikowi, a cóż dopiero Australijczykowi. Uczył więc ale nie wymagał zapamiętywania nazw lub zwrotów. Uczył pojęć. A tamci dwaj, szczególnie David, wciąż pytali “a jak to jest po polsku”. Władek tłumaczyl, a ten powtarzał i szło im całkiem nieźle. Ale wciąż pytał, taki typ głodomora wiedzy, ciagle chciał wiedzieć więcej. Władek, jak go pamiętamy, był dobrym gawędziarzem. Wciągał rozmową. I wpadł na świetny pomysł. Na jachcie miał powieść “Ogniem i mieczem”, którą ofiarował mu polski konsul na Bali “aby nie zapomniał języka polskiego”. No więc Władek czytał im “Ogniem i mieczem” powoli, po polsku, starannie tłumacząc. Od połowy już nie tłumaczył tylko czytał. Oczywiście powoli.

W kwietniu 2012 roku tygodnika“Uważam Rze”, dokonał próby odpowiedzi na pytanie: “Jakie książki podsunąłbyś obcokrajowcowi by zrozumiał, co nam w duszy gra.” Pośród dziewięciu wymienił Trylogię Henryka Sienkiewicza. Najwidoczniej Władek o tym wiedzial dużo wcześniej.

16 grudnia 1938 roku rzucili kotwicę w Zatoce Aden. Byli już u wrót Morza Czerwonego, które przekroczyli 31 grudnia. Nazajutrz zaczynał się rok 1939.

 

 

6. ZJAWĄ III W 1939 ROK

 

 

1939. W Adenie

Ahoj roku trzydziesty dziewiąty!

Krótki, połączony z drobnymi remontami na jachcie, postój w Adenie przyniósł kolejne spotkania i nowe znajmości. W brytyjskiej bazie marynarki wojennej szykowała się feta na przywitanie Nowego Roku. Zjechali z bliskich i odległych baz oficerowie floty brytyjskiej z żonami oraz… dwie córki pułkownika G.Russela, panny Pamela i Monika. Obie zafascynowane trzema bohaterskimi żeglarzami, o których już pisała światowa prasa, spodziewały się, że ich pobyt w Adenie będzie nader ciekawy.
Ich trzech, młodych, przystojnych. One dwie.

Władek miał problem: aby zdążyć na Jamboree nie było chwili do stracenia, a okoliczności najwyraźniej im nie sprzyjały. Nie było rady, żeby postój się nie przedłużył trzeba było wiać. Odpłynęli w siną dal 30 grudnia wieczorem bez pożegnania i w kiepskich nastrojach. Panny były niezwykłej urody, ale były dwie, a ich było trzech. I, być może to właśnie legło u podstaw decyzji. A może rzeczywiście dlatego, że zaczął dmuchać bardzo korzystny wiatr, o czym nie wiadomo skąd dowiedział się Władek, chociaż dziwny zapis znajduję w jego Dzienniku pod datą 31 grudnia. Pisze mianowicie, iż “morze nagle się wzburzyło i żegluga stała się tak trudna, że poczułem lęk”.Ten lęk nie był zapewne tak silny jak wyrzuty sumienia.

A David pisał w swoim Dzienniku o tym, że wszyscy trzej odnieśli wielkie zwycięstwo. Też go coś gryzło.

Twarde warunki żeglugi dawały hart, jakże potrzebny w walce z pokusą. Chłopaki mieli po dwadzieścia parę lat – skąd u nich tyle determinacji?

Władek sprawdzał się jako kapitan oraz imponował obu Australijczykom odwagą i… patriotyzmem. Tym, że nie bał się morza, tych czarnych nocy pełnych wycia wiatru i huku załamujących się fal. Był dzielny, po tych kilku morzach i oceanach i po sześciu latach żeglugi po prostu – nie bał się. Był pełen wiary w ludzi, braterski, dokładnie taki, jakim był dla Davida idealny skaut.

W 1935 roku David poznał osobiście generała Baden Powella, ideologa i twórcę skautingu. David był idealistą, od urodzenia aż do końca. Takim też widział Władka: marzyciela i idealistę. Uwierzył, że Władkowa dzielność jest cechą wspólną wszystkich Polaków, że ma oto okazję poznać kraj ludzi szlachetnych i dzielnych. Samych rycerzy. Samych Skrzetuskich i Wolodyjowskich.  Zgadzał się z Władkiem, że nie ma co tracić czasu.

Płyniemy dalej!

Blue był mniej romantyczny, brał udział w tej wielkiej przygodzie bardziej z poczucia obowiązku. Wysłano go na Światowy Zlot Skautingu, miał na tym Jamboree w Szkocji reprezentować Australię i to był cel. Dla niego przełamał chorobę morską, która męczyła go przez kilka pierwszych tygodni i bardzo utrudniała mu prace w kambuzie. Potem spisywał się doskonale jako kuk i piosenkarz; zawsze miał świetny humor.

 

Ze wszystkich krajów i narodów

Ze wszystkich świata stron i ras

Na Jamobree spłynął potok młody

Na Jamboree młody szumi las.

O Jamboree, o Jamboree,

Jak dobrze nam i jak radośnie.

 

1939. Kanał Sueski

Żeglowanie przez 1200 mil morskich Morza Czerwonego zabrało im 23 dni. W bardzo nieprzyjemnych warunkach: stale pod sztormowy wiatr, który dmuchał przeważnie z północy. Cały czas było zimno i mokro. Dochodził do tego lęk przed piratami, którzy w tamtym rejonie byli plagą. Ale mieli sporo szczęścia i w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej dopłynęli do Port Teflik22 stycznia 1939 roku. U wrót Kanału Sueskiego byli oczekiwani.

To już nie było zwykłe powitanie dzielnego jachtu. Witająca ich na redzie portu łódź kapitanatu bez żadnych formalności wprowadziła jacht do mariny, a stamtąd przedstawiciel polskiej ambasady w Kairze natychmiast zapakował Władka do pociągu. David i Blue doprowadzali jacht do porządku. Władek w Kairze był honorowym gościem polskiej ambasady. Prezentacje, galowe rauty, wizyty, zwiedzanie i wreszcie wyjazd z całą kawalkadą oficjeli do Port Teflik, tam spotkania z załogą, zdjęcia z jachtem w tle i na jachcie, i – wreszcie dali im spokój.

Przejście Kanału Sueskiego… pod żaglami! Tego jeszcze nie było. Jak do tego doszło, że ich tam wpuścili bez motorowego napędu, a jedynie pod żaglami w te wąskie, bo raptem stumetrowe koryto kanału, wystarczające dla statków morskich, ale za wąskie dla łodzi pod żaglami, halsującej pod wiatr?Zjawa III była doskonale skonstruowana, posłuszna sterowi, zwinna kiedy halse zmieniać trzeba dość często, w szczególności na tak wąskim akwenie. Na jacht wsadzono im pilota, który spełniał swoją funkcję na statkach z napędem parowym, ale tu, pod żaglami, gdzie liczył się jedynie kunszt żeglarski załogi, nic nie miał do roboty, jedynie strachu się najadł kilkakrotnie podczas mijania statków płynących na północ lub na południe. Wystraszył się jeszcze bardziej, gdy od pustyni dmuchnął “khamsin”, silny wiatr niosący z Sahary ścianę pyłu. I zasłonił wszelką widoczność. Gorzej niż we mgle. Nasi żeglarze płynęli ufni, że się uda nie spotkać innego statku, lub nieoczekiwanie wjechać na brzeg. Piasek w oczach, w uszach, przed jachtem, za jachtem i w ustach. I nie wiadomo czy to dzień czy noc.

Do portu w Ismaili, w połowie kanału, weszli za dnia. Mieli bardzo dobrego anioła stróża, bo pilot, gdy tylko weszli do portu, natychmiast ich pożegnał i żaden inny nie zgłosił się do rana. Dalej ruszyli więc bez pilota i północny wiatr, chociaż przeciwny do kursu Zjawy III, przegonił piaskową burzę. Szczęśliwie dotarli do Port Said.

Rozpoczęły się przygotowania do ostatnich etapów podróży. Niezbyt gościnne dla żeglarzy Morze Śródziemne, zawsze bardzo wymagający Północny Atlantyk i Morze Północne, którego smak poznał Władek na początku pętli wokółziemskiej. Ale niepokój towarzyszący przygotowaniom nie dotyczył morza; niepokojące były wieści z Polski. Wszędzie mówiono o nieuchronnej wojnie. Do Port Said, na pokład Zjawy III dotarły worki z listami z Polski i z Australii. W listach z Polski entuzjazm dla wyczynu Zjawy III i rady aby zmienili trasę i popynęli na Morze Czarne i w Rumunii załadowali jacht na pociąg. Szybko i bezpiecznie dotrą do Polski.

 

“Dopłynę” – odpowiedział Władek. ” Dopłynę do Gdyni, tam skąd wypłynąłem.”

“My z tobą” – ośdwiadczyli Australijczycy, dla których Europa była obszarem tak małym, że było bez znaczenia dokąd dopłyną.

 

1939. Port Side

Wzmocnili maszty, ponaprawiali i uzupełnili żagle, poszyli sobie nowe ubrania, bo stare na szwach zżarła sól morska. I kupili… kamerę filmową.Widziałem ten ich pierwszy film, opowiada o Port Said, o rejsie przez Morze Śródziemne, o postoju na Malcie i wreszcie o Gibraltarze. Widziałem też dalszy ciąg, ale zanim do tego dalszego ciągu dojdziemy trzeba snuć tę opowieść chronologicznie, żeby w miarę możliwości tę odyseję przybliżyć. Droga do Polski stawała się coraz trudniejsza.

Tuż obok Zjawy III do nabrzeża w Port Said przycumował niemiecki jacht Diabeł Morski (Seeteufel). Dowodził nim hrabia Felix von Luckner, as wywiadu niemieckiego na Bliski Wschód, ale o tej misji wówczas jeszcze nie było wiadomo. Niemcy na pewno wiedzieli o Zjawie III i jej wielkiej wyprawie, pisała o tym cała światowa prasa, ale na początku sąsiadowania dali do zrozumienia, że ich to niewiele interesuje. W atmosferze fetowania i wszelkich form pomocy jakich nie szczędzono załodze Zjawy III we wszystkich portach, ta demonstracja niemieckiej buty była raczej groteskowa. Według pruskiego ordnungu punktualnie o ósmej rano na “Seetaufel” podnoszono hitlerowską banderę. Opuszczano ją z pompą o zachodzie słońca. Była wielka jak pół tego jachtu i głównym jej elementem była swastyka. Chłopcy ze Zjawy III nie pozostali dłużni, szczególnie Australijczycy, którzy doskonale rozumieli jak bufoniasty i prowokacyjny był ten germański gest. Robili to samo, rano i wieczorem ale skromniej, z gwizdkiem i z ogromną sympatią załóg wszystkich oklicznych statków. Odpowiedzią Zjawy III była biało-czerwona bandera z orłem. Po kilku dniach porannych i wieczornych ceremonii hrabia von Lucker zaprosił kapitana Zjawy III na pokład niemieckiego jachtu. Załogę Zjawy III reprezentował Pierwszy Oficer David Walsh, kapitan nie mógł przybyć. Wszystko odbyło się zgodnie z ceremoniałem, Davida przywitano jako kapitana, a hrabia wręczył mu swoje zdjęcie z dedykacją.

 

“Men fight not ships. With a cargo of good luck from pirat – Felix Caunt Lucker, Port Said, 4, o4, 1939.” (Mężczyźni walczą, nie okręty. Z ładunkiem szczęścia – pirat Felix Hrabia Lucker.)

 

Wiele lat później, w 1976 roku w położonym na stokach Mt Keira w siedzibie komendanta skautowskiego obozu w Australii, to właśnie zdjęcie trzymał w ręku Ludek Mączka. Komendant nazywał się David Walsh i wraz z Ludkiem wyruszał w swoją kolejną długą podróż do Polski.

15 marca 1939 roku Zjawa III opuszcza Port Said, zwyczajowo już, pozostawiając spore grono przyjaciół. Pomogli im w wyposażeniu jachtu, w zaopatrzeniu na drogę, w naprawach i uzupełnieniach. I znowu falstart: silny sztorm z południowego zachodu dewastuje pokład, awarii ulega stałe olinowanie i, w konsekwencji pęka główny maszt. Trzeba wracać.

I znowu łańcuch ludzi dobrej woli czyni cuda. Udaje się zebrać pieniądze, kupić nowe olinowanie, nowy maszt, dźwigi brytyjskiego krążownika “Penelope” pomagają w przebudowie.

 

1939 Port Said

Luty/marzec 1939. Rejs dla przyjaciół w okolicy Port Said.

1939. Morze Śródziemne

13 maja ponownie wychodzą z Port Said kierując się na Maltę, gdzie docierają 30 maja. Morze Śródziemne nie było im przyjazne, ale przywitanie w La Valetta było dokładnie odwrotnie proporcjonalne do morza; ze wszystkich portowych spotkań na całej siedmioletniej trasie przywitanie zgotowane im przez maltańskich skautów oraz polski konsulat wyróżniało się serdecznością, uroczystością powitania i stosami listów z całego świata. Tylko kanonanda dział artyleryjskich nie była na ich cześć – na Malcie przygotowania do wojny trwały już na serio.

Latem 1939 roku rejs Zjawy III relacjonowała prasa całego świata. Był nadzwyczajnym wydarzeniem żeglarskim, do dziś zresztą uważanym za jeden z trzydziestu najwybitniejszych osiągnięć światowego żeglarstwa.

Ale śledźmy dalej ten niezwykły rejs, tę odyseję trzech żeglarzy – bo warto.

Jest lato 1939 roku. 16 czerwca Zjawa III wchodzi do algierskiego portu. Prasa francusko-języczna relacjonuje:

 

“Piękna podróż Władysława Wagnera, polskiego skauta-żeglarza, rywala Alaina Gerbaulta. Jacht Zjawa III wpłynął wczoraj na spokojne wody przystani Rowing Club. Na wysokim maszcie powiewała polska flaga. Trzy dziarskie zuchy uwijały się na pokładzie. Jeden z nich, mniejszy niż jego koledzy, lecz zbudowany jak atleta, to Władysław Wagner. Jest polskim harcerzem-żeglarzem, zwłaszcza żeglarzem. Morze jest jego domeną, morze jest jego pasją, morze było dla niego okazją do wzruszającej podróży dookoła świata.”

La Depeche Algerienne, 17/06/39, tłum. Anny Rybczyńskiej

 

20 czerwca 1939 oddają cumy i nazajutrz rano Władek dojrzał zaśnieżone szczyty Sierra Nevada. Po siedmiu latach podróży zobaczył ponownie rodzinną Europę. Davida i Blue również wzruszył widok odległego brzegu Hiszpanii. Słabe wiatry, które towarzyszyły im w tym ostatnim na Morzu Śródziemnym etapie, pozwalały nacieszyć się widokami; Europa witała słońcem, lazurowym niebem, doskonałą widocznością i spokojem. Jakby przed burzą.

 

 

7. HEJ! DA DANA, DA DANA…

 

 

Lipiec 1939. Gibraltar

 

“Sobota, 1 lipca 1939 roku. Czas: 3:00. Kurs NWN, wiatr W to S 3°B. Zachmurzenie O. Barometr: 76,0°. Żagle a.b.c.d. Latarnia To de Callabrras na N ½E

Czas: 7:00. Kurs W ½N. Wiatr SW 2°B. Zachmurzenie 0. Barometr 76.0°. Żagle a.b.c.d. Silny prąd od Gibraltaru. Wiatr uderza i cichnie.

Czas: 16:00. Kurs SW. Wiatr E to N 1 – 3°B. Zachmurzenie 0. Barometr 75.9°. Żagle a.b.c.d. Czy to mozliwe ?! – parowiec za rufa idzie na SW, a dym na SWW

Czas: 16:30. Kurs SW. Wiatr E to N 4°B. Zachmurzenie 0. Barometr 76.0°. Żagle a.b.c.f. (nie ma się co dziwić: przy wietrze w plecy – założyli spinaker). Morze Śródziemne żegna nas wspaniale: pod fale na motyla. Dym parowca unosi się w górę.

Czas: 19:00. Kurs SW. Wiatr ENE 4°B. Zachmurzenie 0. Barometr 76.0° Żagle a.b.c.d. Hej! Da dana, dana…

Czas: 23:15. Wiatr E to N 5-6-7°B. Zachmurzenie ¾. Barometr 76.2°. Żadgle b. W zatoce. Czekamy z podwójnie zrefowanym grotem. Szukamy portu lub kotwicowiska."
Dziennik Okrętowy”Zjawy III”

 

Do Gibraltaru weszli sobotnią nocą z 2 na 3 lipca. Do zlotu pozostało 12 dni i 900 mil morskich do przebycia. Nie pozostało nic innego jak zrezygnować z bogatego programu powitania i pobytu przygotowanego przez gubernatora Gibraltaru i miejscowy skauting. Wszystko, ceremoniał przywitania, specjalne przyjęcia, spotkania, wywiady i zwiedzanie trzeba było wcisnąć w jeden dzień, w niedzielę. Od rana w poniedziałek trwały przygotowania jachtu do dalszej podróży i po południu oddali cumy. Pośpiech dyktował również południowo-wschodni wiatr, który dawał szansę szybkiego przejścia przez Cieśninę Gibraltarską.

PONOWNIE NA ATLANTYKU

Zjawa III na Kanale

Zjawa III na Kanale

 

4 lipca 1939 roku weszli na Atlantyk i był to dzień dla Władka szczególny: zamykał właśnie pętlę wokół globu ziemskiego, od tego momentu wchodził w historię polskiego żeglarstwa – jako pierwszy Polak opłynął kulę ziemską. Polski żeglarz. Harcerz.

 

“Tego popołudnia zachodni wiatr odrzucił nas znacznie z kursu… Zbliżając się do Faro, Zjawa III przecięła stary szlak Zjawy I. To był dla mnie szczęśliwy i ekscytujący moment. Świat został opłynięty przez polskiego żeglarza po raz pierwszy w historii Polski, żeglującego jak dawni żeglarze, podług słońca i gwiazd.”

“By the Sun and Stars” Wł. Wagner

 

Dostali jeszcze w kość w rejonie Zatoki Biskajskiej, jeszcze postraszył ich Atlantyk, walczyli z falami o wysokości masztu, z przeciwnymi wiatrami, z coraz częstszymi awariami, a niektóre porażały, jak chociażby nagle pękający bom, urywające się liny… Wszystko, czym eol mógł im dokuczyć – dokuczył. Na jachcie panowała wilgoć, pleśń i rdza. Spleśniałe było jedzenie i mokre były ubrania. Sztorm za sztormem. A na koniec, w Kanale La Manche – mgła.

I nagle 21 lipca 1939 roku o godzinie 11.00 zrobiło się spokojnie. Nie było już wielkich fal, wiatru, mgły. Cisza. Rzucili kotwicę w pobliżu Royal Pier, w angielskim porcie jachtowym Southampton. Usiedli, spojrzeli na siebie i w miejsce spodziewanej radości poczuli smutek.

Dotarli do celu. Przygoda się skończyła.

 

“Opuszczając Sydney zaledwie poznalismy się. Mogliśmy ocenić się według wyglądu, ale dopiero w podróży, dzieląc wszystkie dobre i złe doświadczenia, poznaliśmy się naprawdę. I, jakkolwiek zdawaliśmy sobie sprawę, że chwila rozstania nadejdzie, zrobiło się smutno – gdy nadeszła.”
“By the Sun and Stars”, Wł. Wagner

 

Lipiec/Sierpień 1939. W Anglii

Oficjalnie przywitał ich jeden ze współtwórców skautingu i przyjaciel generała Baden-Powella, pułkownik Turner-Clark.

 

Jamboree

24 lipca 1939. Szkocja. Przywitanie bohaterów

 

Wieczorem tego samego dnia przybyli przedstawiciele Kwatery Głównej Brytyjskiego Skautingu z informacją, że na Zlocie wszyscy czekają.

Do Londynu żeglarze dotarli pociągiem, tam w Kwaterze głównej witał ich zastępca komendanta Światowego Skautingu Sir. Percey Everett. Po uroczystym lunchu zaproszono ich do studia BBC na specjalny program poświęcony ich podróży, a potem wystąpili w pierwszej na świecie stacji telewizyjnej. Zarejestrowane zostały słowa prezentera:

 

“Odchodzimy teraz od zaplanowanego programu, aby przedstawić państwu załogę małego jachtu, przybyłą wczoraj do Southampton po podróży z Australii. Jak państwo wiedzą, wszyscy trzej są skautami. Oto Władysław Wagner, polski harcerz morski, kapitan i nawigator. Jego podróż rozpoczęła się w 1932 roku, kiedy wypłynął z Polski z jednym towarzyszem, aby nieść w świat polską banderę.” (tłum. A. Rybczyńska)

 

Prosto ze studia przewieziono żeglarzy na dworzec kolejowy i nazajutrz rano witani byli na stacji Crieff w Szkocji przez skautów australijskich. Kilka mil od stacji przy zamku Monzie, w miejscu gdzie odbywał się III Światowy Zlot Skautów, czekało na nich cztery tysiące uczestników jamboree i ponad 20 tysięcy widzów. Wjechali tam na odkrytym samochodzie w pochodzie poprzedzanym orkiestrą szkockich dudziarzy. Z wielkim rozmachem witano żeglarzy, stali się bohaterami zlotu i, niewątpliwie całego światowego skautingu. To braterstwo i odwaga są najwyższymi cnotami skautów i ci trzej rejsem z dalekiej Australii, a Wagner – poprzez cały świat – pokazali, że to nie czcze słowa.

Udział załogi “Zjawy” w Jamboree był najważniejszym i radosnym jego wydarzeniem, jakby zacierającym pomruk zbliżającej się zawieruchy.

Niewielka, bo raptem 12-osobowa grupka harcerzy przybyła z Polski. Nie dotarł zapowiadany, sławny już wówczas pośród skautów, harcerski żaglowiec “Zawisza Czarny”. Nastrój zbliżającej się wojny dotarł na zlot.

Wagner odjechał po dwóch dniach, śpieszył się, co doskonale rozumieli gospodarze zlotu i obaj jego przyjaciele. Miał nadzieję dotrzeć szybko do kraju, miał zamiar wstąpić do marynarki wojennej. Ale najpierw musiał doprowadzić “Zjawę” do stanu używalności, wszystko z niej wyrzucić, jacht wyczyścić i pomalować aby powrót do Polski wypadł godnie. Konsulat polski prosił go o potwierdzenie gotowości jachtu do drogi, ale już go uprzedzono, że bez zgody nie wolno mu wyruszać. Po paru dniach zjawił się David Walsh. Postanowił pomóc Władkowi w pracach. W połowie sierpnia przyjechał Blue, zdążył odwiedzić rodzinę w Anglii, ale doszedł do wniosku, że tutaj jest bardziej potrzebny. W trójkę postanowili przeprowadzić jacht do najbardziej na wschód wysuniętego portu angielskiego, Yarmouth. Stamtąd było najbliżej do Polski.

 

“Pan Wladysław Wagner, właściciel i kapitan jachtu “Zjawa III” w ciagu podróży dookoła świata przybył do portu w Sothampton z Gibraltaru dnia 21 lipca 1939 roku w towarzystwie p.p. D. Walsh i B. Plowright – skautów z Australii.
 W ciągu dni najbliższych p. Wagner zamierza wyruszyć s Sothamton do Gdyni.
 Życze mu pomyślnych wiatrów i szczęśliwego zakończenia tej tak niebywałej i śmiałej podróży.
 Southampton, dnia 25 sierpnia 1939 roku. K. Komorowski Konsulat Polski w Southampton

 Księga Pokladowa Zjawy III”

 

Sierpień 1939. Wreszcie do Polski!

29 sierpnia wypłynęli z Southampton i nieważne, że wiatr był przeciwny, że Kanał La Manche, jak zwykle, mało przychylny żeglarzom – płynęli. Zjawa III i cała jej szczęśliwa załoga znowu byli razem. Znowu pod żaglami. Obaj Australijczycy postanowili dokończyć podróż z Władkiem.

Dwa dni zabrało im przejście do Yarmouth, o zmierzchu nie mogli wypatrzeć świateł mimo, że mgły nie było i niezbyt daleko byli od lądu. Stanęli na redzie Great Yarmouth. Rano pojawiła się portowa łódź. Sternik zobaczył flagę i rzucił im hol.

 

- Koniec żeglowania – powiedział. – Niemcy napadli na Polskę. Jest wojna. Tam już nie można płynąć.

Zerwała się świeża bryza przyciągająca naszą uwagę i z nią weszliśmy do portu cumując przy Mission Quay. Poruszaliśmy się jednak nienaturalnie, sparaliżowani tragicznymi wiadomościami. Kapitan portu, W. Sutton, już czekał i wręczył mi telegram z konsulatu w Londynie z poleceniem zakończenia podróży i pozostawienia Zjawy III w Wielkiej Brytanii.

Przez całą podróż w mojej książce pokładowej gromadziłem wpisy urzędników wszystkich portów, gdy do nich zawijałem i je opuszczałem. Wpis kpt. Suttona był unikalny:

“Jacht żaglowy Zjawa III przybył do Great Yarmouth 2 września 1939 roku w drodze do Gdyni, do Polski. Z powodu wybuchu wojny między Niemcami i Polską dnia 1 września 1939 roku Zjawa III otrzymała polecenie Polskiego Konsula Generalnego pozostania w Anglii”

Najbardziej nieoczekiwany koniec rejsu Zjaw.”
“By the Sun and Stars”, Wł.Wagner

 

Władek, mimo, że spodziewał się takiej wieści, nie był do niej przygotowany. David i Blue – również. Przycumowali ZjawęIII w porcie Yarmouth i nie bardzo wiedzieli co teraz. Od roku byli razem, cel, jakim był udział w skautowskim zlocie osiągnęli. Stanęli przed pustką i to było najgorsze, co mogło spotkać ich podczas całego rejsu.

Musieli się rozstać. Smutek rozstania i niezrealizowanego planu każdy zabrał ze sobą. Wojna ma to do siebie, że wchłania najpierw młodych mężczyzn, i jeśli przeżyją i nie zapomną o młodzieńczych marzeniach, powrócą do nich choćby wbrew wszelkim trudom.

David Walsh, Australijczyk – on chyba najbardziej o to będzie zabiegał. Koniecznie chce ten rejs zakończyć w Polsce!

 

A tak bylo blisko...

A tak było blisko…

                                                                                                                                                                    Zbigniew Turkiewicz

 

 

Historia Wagner Sailing Rally 2012

 

Na przebieg obchodów Roku Władysława Wagnera 2012 złożyły się trzy wydarzenia:

- Wagner Sailing Rally 2012, 21 - 22 stycznia 2012 roku, w Zatoce Trellis Bay na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych;

- Gdynia 8 lipca 2012, Centrum Wychowania Morskiego ZHP -  odsłonięcie pamiątkowej tablicy w miejscu startu Władysława Wagnera do Wokółziemskiego Rejsu w roku 1932 oraz pożegnanie Zjawy IV wyruszającej w rejs „Podług Słońca i Gwiazd”;

- Symboliczne Zakończenie Rejsu Władysława Wagnera z Great Yarmouth do Gdyni, uroczyste powitanie Zjawy IV w Gdyni. (Zbyszku, potrzebna data rejsu???).

 

                                                                            *

Podczas Zlotu na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych (WSR 2012), który zgromadził ponad 500 polskich żeglarzy z Kanady, USA, Wielkiej Brytanii i z Polski (okolo 60 jachtów i żaglowiec Fryderyk Chopin), na wyspie Bellamy Cay odsłonięta została tablica pamiątkowa informujaca o rejsie W. Wagnera. Śmiało możemy stwierdzić, że tak wielkie spotkanie i tak radosne święto polskich i polonijnych żeglarzy wydarzyło się po raz pierwszy w historii polskiego żeglarstwa. Za sprawą Władysława Wagnera!

 

                                                                            *

My, Polonijni Żeglarze i Klubu Żeglarskie zgromadzone w Polish Yachting Association of North America rozpoczęliśmy przygotowania do drugiego Zlotu Wagner Sailing Rally 2015, który odbędzie się

 

                 6, 7 i 8 lutego 2015 przy Trellis Bay, Tortola, British Virgin Islands.

 

Zapraszamy do udziału w Zlocie Polskich Żeglarzy z Kraju oraz ze wszystkich miejsc na Ziemi, gdziekolwiek żeglują, zapraszamy kluby żeglarskie, stowarzyszenia, bractwa żeglarskie, żaglowce, żeglarzy zrzeszonych i nie zrzeszonych. Wszystkich tych, ktorych zeglarskie marzenia prowadza do najdalszych zakątkow świata. Jeszcze mamy sporo czasu, aby zmienić marszruty i podporządkować sprawy mniej ważne – tej sprawie.

 

Przybywajcie!  Ten kolejny zlot będzie równie wspaniały jak ten pierwszy.

 

A-hoooooj,

 

Kpt. Zbigniew Turkiewicz – Komodor Przygotowań WSR 2015

E-mail: zbyszek.turkiewicz@yahoo.com